wtorek, 7 lipca 2015

Rozdział pierwszy

Trudno było podnieść ciężkie, nachalnie opadające powieki. Gdy w końcu otworzyłam oczy, uderzyła mnie szpitalna biel i ten charakterystyczny zapach, który zawsze czuć w gabinecie dentystycznym. Wokół mnie panowała niemalże grobowa cisza, pomijając pikanie jednej z aparatur dający znać, że moje serce bije. Pik,pik, pik. To znaczy, że żyję. Hah, nawet zabić się nie potrafię. Rozejrzałam się po niewielkim białym pokoju. W rogu stał fotel, na którym siedział chudy blondyn. Miał przymknięte oczy. Nie rozpoznałam chłopaka.
- Ekehm... Przepraszam - mruknęłam. Tak sucho w buzi nie miałam nigdy.
- Och, przepraszam - ocknął się blondyn. Wpatrywał we mnie swe anielsko błękitne oczy i uśmiechnął się.
- Mógłbyś mi podać wodę? - spytałam siadając na łóżku - Gdyby nie kroplówka sama bym wzięła - uśmiechnęłam się nieśmiało i pomachałam dłonią na której był wenflon.
- Nie ma problemu - odparł i podał mi butelkę z wodą, która stałą na stoliku obok fotela.
- Dziękuję - odpowiedziałam, odkręciłam ją i zaczęłam zachłannie pić przezroczystą ciecz.
- Pójdę już, nie powinienem siedzieć w sali nieznanej mi dziewczyny - powiedział stojąc w drzwiach.
- Poczekaj - zaskoczyłam samą siebie. Nie wiedząc czemu chciałam poznać tego chłopaka. W końcu to dziwne, gdy ktoś obcy przesiaduje w twojej sali. A może to zboczeniec? 
Chłopak zaśmiał się cicho.
- Lepiej już pójdę - zadecydował i wyszedł. Można nawet powiedzieć, że jego oczy się cieszyły, gdy opuszczał pomieszczenie. Nic dziwnego. Też będę się cieszyć, jak już stąd wyjdę. Chwila, moment. Jeśli stąd wyjdę...
- Lucy - mama wpadła do sali widząc, że już się obudziłam. Kobieta podeszłą do mnie i mocno mnie przytuliła - Dziecko kochane - zapłakała.
- Starczy - mruknęłam i opadłam na łóżko - Nie chcę o tym rozmawiać - warknęłam. Blondynka kiwnęła tylko głową - Kiedy stąd wyjdę? - spytałam.
- Za dwa dni zostaniesz przewieziona do innego szpitala.
- Nie zgadzam się - zaprotestowałam hardo.
- A na terapię będziesz chociaż chodzić? Prawda? 
- Nic mi nie jest - warknęłam - Ani szpital,ani żadne terapie. Nie jestem pomylona.
- Lucy... Chciałaś się zabić - kolejna łza spłynęła - Albo zaczniesz się leczyć, albo wyjedziesz do ciotki.
-Świetnie, spakujcie mnie - odparłam. Mama wyszła wściekła z sali. Ciekawe czy naprawdę jest tak naiwna i myśli, że dobrowolnie wybrałabym życie w tej patologi... Phah! Niedoczekanie.


2 dni później


- Naprawdę nie chcesz tu zostać? Chcesz zostawić tu wszystko? Całę dotychczasowe życie? - zapytała mama stojąc ze mną na przystanku.
- Tak - odpowiedziałam nie patrząc jej w oczy.
- Nie będę cię zmuszać - odparła cicho - Wiedz, że zawsze możesz wrócić - uśmiechnęła się. Dzięki Bogu nadjechał mój autobus do Austinn.
- W porządku. Napiszę jak dojadę na miejsce - powiedziałam i ucałowałam ją w policzek, po czym zabrałam dużą sportową torbę z czarnym plecakiem i weszłam do autokaru.Kupiłam bilet do nowego miasta, nowego życia. Obym tego nie spieprzyła... Zajęłam jedno z wolnych miejsc i pomachałam mamie. 
Jak bardzo chciałam umrzeć, jak bardzo chciałam stąd uciec. Tak bardzo ją kochałam. Mimo, że było to rodzina specjalna, to jedna była to rodzina. Nieważne jak mocno bym ich nienawidziła, jak bardzo by mnie zranili, to wciąż są moją rodziną. A od nich nie chcę się odwracać, nawet jeśli uważałam to za słuszne. 
Ale hej, są telefony. Muszę się nauczyć żyć od nowa, w ten normalny, zwyczajny, tandetny sposób. 
Włożyłam słuchawki do uszu i włączyła Bring Me The Horizon. 
Nie zmarnuję tej szansy...


*** *** ***
Hej
Z góry zaznaczam, że jeśli chodzi o pisanie to wyszłam z wprawy, ostatni raz było to około 2 lata temu. Tak, więc proszę o cierpliwość i wyrozumiałość.
Dajcie znać czy wam się podoba, czy nie. Wszelakie uwagi wezmę do serducha ;)

Prolog

Patrzę na swoje lustrzane odbicie. Widzę jak policzki czerwienieją, a z oczu powoli spływają łzy. Serce bije coraz szybciej, brakuje mi tchu. Nie mogę złapać oddechu, staram się uspokoić. Jestem wściekła, smutna, zraniona.
Zaciskam prawą dłoń w pięść i z całej siły uderzam w lustro roztrzaskując je na kawałki. Wsadzam krwawiące knykcie pod zimny strumień wody.
Chcę to skończyć. Może tym razem przypadkiem wbije ostrze w skórę zbyt głęboko? Może dzisiaj wszystko zakończę?
Siadam na posadzce wyłożonej kafelkami obok potłuczonego lustra. Wpatruje się w w jego kawałki. Biorę jeden odłamek i delikatnie przesuwam go po bladej skórze. Widzę jak na nadgarstku pojawia się czerwona stróżka krwi.
To koniec - myślę ignorując nachalny głos w głowie błagający bym przestała.


*** *** ***

Oto króciutki prolog, "zaraz" pojawi się rozdział pierwszy i zobaczymy co z tego wyjdzie :)